#1920/2020

Krystyna Reinfuss-Janusz : Polska wieś 1920 – kto nie pracował, czekał na jedzenie

Krystyna Reinfuss-Janusz, kustosz z Muzeum Etnograficznego w Krakowie

O życiu codziennym polskiej wsi w roku 1920 opowiada kustosz Krystyna Reinfuss-Janusz z Muzeum Etnograficznego w Krakowie

Czy bylibyśmy bardzo zaskoczeni, gdybyśmy przenieśli się w czasie i trafili na polską wieś 1920 roku?

Myślę, że tak. Zazwyczaj mamy trochę wyidealizowany obraz przeszłości, również polskiej wsi. Winne są tu także muzea i skanseny – zależy im, żeby eskpozycja była atrakcyjna, żeby pokazać kulturę danego regionu w całej jej krasie, to naturalne. Ale prawda jest taka, że to, co oglądamy w muzeach, pozostawiły po sobie najbogatsze rodziny. Te, które stać było na rzeczy dobrej jakości, podpatrzone często we dworze lub na służbie w mieście. Biedniejsze rodziny musiały być samowystarczalne, używały tego, co gospodarz i gospodyni potrafili zrobić własnoręcznie. Kupowano tylko niezbędne rzeczy, jak nafta czy sól, nawet żeliwny garnek bywał luksusem. Sprzęty były drewniane, garnki – gliniane, odzież – taka, na jaką matce czy babce starczyło płótna i pomyślunku. Wszystkie przedmioty reperowano i służyły tak długo, aż się zużyły, więc tych naprawdę codziennego użytku zostało do naszych czasów niewiele. Zachowały się raczej rzeczy odświętne, przechowywane na specjalne okazje albo właśnie z zamożnych domów. Więc to, co widzimy w skansenach, jest trochę takim etnograficznym serialem: niby samo życie, ale wszystko jakby bardziej kolorowe niż w rzeczywistości.

Uczestnicy uroczystości po chrzcie dziecka pozują przed domem na wsi, 1922 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Akurat kolorów chyba na polskiej wsi nie brakowało?

I tu Państwa zaskoczę: w latach 20. XX wieku kolory były jeszcze nowinką. Pojawiły się po uwłaszczeniu, pod koniec XIX stulecia, kiedy chłopi za swoją pracę zaczęli dostawać pieniądze, nie przydziały towarów. Na przełomie wieków XIX i XX rzeczywistość wiejska była raczej szara: szare płótno na ubrania, brązowe drewniane sprzęty w siwo bielonych chatach. W roku 1920 istniało jeszcze sporo kurnych chat, w których sadze osadzały się na ścianach do wysokości powyżej metra. Ale w tym wszystkim dawały o sobie znać kreatywność, twórczość polskiego ludu i poczucie piękna. Na szarych ścianach kobiety malowały kolorowe wzory. Tworzyły wycinanki, a gdy rozpowszechniła się kolorowa bibuła – niesamowite świąteczne ozdoby. Malowały pisanki we wzory, które zachwycają współczesnych artystów. Ludowi twórcy rzeźbili w drewnie świątki, zwierzątka, robili instrumenty muzyczne. Dziewczyny marzyły o kolorowych wstążkach i malowanych skrzyniach. Właśnie w latach 20. z dworów i miast zaczęły trafiać na ludowe gorsety błyszczące cekiny. Trochę wcześniej, wraz z rozwojem przemysłu włókienniczego, potaniały towary na ubrania, więc same gorsety szyto już nie z sukna, ale z aksamitu. Na Podhalu ręcznie farbowane spódnice z samodziałowego płótna zaczęto zastępować wzorzystymi perkalami, taftami i adamaszkami, które dziś znamy. Po uwłaszczeniu w domach pojawiły się też fajansowe talerze, zegary, meble ze szklanymi witrynkami. Parcelacja w latach 20. była znaczącą zmianą i narzędziem pewnej manipulacji w trakcie wojny bolszewickiej.

Chłopi w odświętnych strojach na tle obejścia z kurną chatą.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Ale przecież uwłaszczenie zaczęło się już dużo wcześniej.

Chaty we wsi Piekielnik na Orawie, ok. 1920 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Owszem, ale różnie przebiegało w różnych zaborach. W Austrii zniesienie poddaństwa wprowadzono w okresie Wiosny Ludów, w 1848 roku, w Rosji – w podobnym czasie, ale rozmaicie było z samą ziemią, z odszkodowaniami dla dziedziców, z chłopami bezrolnymi. Po I wojnie światowej sklejona z trzech rzeczywistości Polska musiała sobie radzić i z tą sprawą. Mieliśmy w dodatku mnóstwo weteranów, kalek wojennych – należało im zapewnić środki do życia. Ruch chłopski przybierał na sile i potrzeba było żołnierzy na nową wojnę. 15 lipca 1920 roku uchwalono ustawę w sprawie reformy rolnej, która przewidywała parcelację całej ziemi państwowej i wykupowanej przez państwo od właścicieli ziemskich, a także parcelację dóbr kościelnych. Pierwszeństwo w przyznawaniu ziemi przysługiwało tym, którzy na niej pracowali, i właśnie inwalidom wojennym. To rzeczywiście zachęcało chłopskich synów do udziału w wojnie bolszewickiej. Ale w kolejnych latach reforma się ślimaczyła i w roku 1939 była zrealizowana w niespełna 60%. Tak czy owak, tuż po Wielkiej Wojnie i epidemii grypy, zwanej hiszpanką, na polskiej wsi panowała straszna bieda.

Młocka na wsi (ok. 1920 r.)
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Koloryzacja: Anna Marjańska

Spowodowana przez tę wojnę?

Tak. Każda wojna wyniszcza wieś, tak było i wtedy. Mężczyzn powołano albo sami się zaciągnęli do wojska. Ich rolę nie zawsze sprawnie, za to z ogromnym trudem, podejmowali wyrostkowie i kobiety. Uprawy były niszczone nie tyle przez same batalie, ile przez przemarsze wojsk, a zapasy – plądrowane. W oczy zaglądał głód. Jedzono wówczas najwięcej ziemniaków (kartofli, pyr), bo najtrudniej je zniszczyć. Na przednówku, kiedy brakowało już kartofli i mąki, dosypywano do niej zmielone kasztany albo żołędzie. To, co się już zazieleniło, gotowano i zamieniano w papkę, przypominającą dzisiejszy szpinak. Od wieków na zimę robiło się zapasy z suszonych grzybów, owoców i ziół – wczesną wiosną gotowano wodzianki, czyli zupy na garści śliwek, jabłek lub podgrzybków. Luksusem było nie tylko mięso, ale też chleb czy kasza ze skwarkami.

Kobiety w strojach łemkowskich podczas sianokosów i susząca się na siano trawa ustawiona w tzw. kopy.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Wspomniała Pani o sytuacji kobiet – w miastach fakt, że podczas wojny przejęły one wiele męskich ról i świetnie się spisały, pozwolił im się uniezależnić. Czy na wsi było podobnie?

Właśnie nie do końca. Na wsi podział ról i prac na kobiece i męskie od wieków był mocno uwarunkowany wierzeniami i symboliką, zwłaszcza symboliką płodności. Mężczyzna lub kobieta nie wykonywali pewnych czynności nie dlatego, że tak nie wypada – wierzono po prostu, iż nie przyniosłoby to dobrego skutku. Tak było przykładowo z sianiem. To nie jest przecież bardzo ciężka praca, kobieta by sobie poradziła. Ale to mężczyzna musi rzucić ziarno w ziemię. Podobnie gdy zabrakło konia, a ziemię trzeba było zaorać, kobieta zaprzęgała się i ciągnęła pług, ale kierował nim mężczyzna. Gospodyni była za to prawdziwą królową gospodarstwa domowego, żywicielką. Nigdy nie słyszałam, żeby jakikolwiek mężczyzna zrobił masło.

Jak wyglądał zwykły dzień na polskiej wsi 1920 roku?

Pierwsza wstawała gospodyni. Musiała oporządzić bydło (jeśli było), zapalić w piecu i przygotować śniadanie. Najczęściej bryjkę, na którą mówiono też cyr – rodzaj zupy z mąki rzuconej na wrzącą wodę. Mogła to także być kasza albo nawet ziemniaki. Miała wyjść dość gęsta papka, którą wlewało się do jednej miski, a w środku robiło się zagłębienie na omastę: olej, zsiadłe mleko, czasem skwarki. Najpierw do posiłku siadali ci, którzy potem mieli iść pracować, czyli dorośli i podrostki. Pierwszą łyżkę nabierał gospodarz, a potem kolejni członkowie rodziny, jeden po drugim, nie wszyscy naraz jak w kiepskich filmach. Gdy dorośli się już najedli, gospodyni wołała dzieci i starców, którzy nie pracowali. Dziś pewnie wydaje się to dziwne, ale tak było: kto nie pracował, czekał na jedzenie. Jednak pracujący mieli poczucie, że wyżywić należy całą rodzinę. Nawet gdy było biednie, nigdy nie zjadali wszystkiego do końca.

Przygotowania do orki.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Gdzie szli do pracy?

Gospodarz z synami – na pole lub do roboty w zagrodzie. Niektóre młode dziewczęta – na służbę do dworu, inne – do miasta. Dzieci – niekiedy do szkoły, niekiedy do pasienia bydła. Gospodyni sprzątała, prała, plewiła ogródek i zabierała się do obiadu.

A co było na obiad?

Oj, na pewno nie to, co dziś widzimy w stylizowanych na chłopskie karczmach. Bardzo rzadko mięso. Najczęściej to, na co obecnie mówi się potrawy jednogarnkowe. Podstawę stanowiły ziemniaki, mąka, kapusta, groch, a także kasza i mleko. Oskar Kolberg nazywał ziemniaki perkami i pisał tak: Na obiad perki i kluski, albo kapusta i groch, albo kasza i perki, albo perki i pęczak.Bywał też żurek – prosta zupa na zakwasie z mąki żytniej lub owsianej z różnymi dodatkami. Rosół z makaronem i gotowane mięso pojawiały się tylko w niedziele, i to nie na każdym stole. Dominowały drób, wieprzowina i baranina. Krowę – żywicielkę zabijano, czy właściwie dobijano, gdy już sama dochodziła kresu życia. Używano za to sporo uprawianych w przydomowym ogródku ziół: mięty, kminku, czosnku, czarnuszki i pietruszki. Stefania Ulanowska pisała na przełomie XIX i XX w, że krakowiacy słono i pieprzno jadają. Ale uwaga: pieprz i zioła miały często za zadanie zabić smak nieświeżego mięsa albo nadgniłych ziemniaków.

Polowy piec do wypieku chleba.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Nie wspomina Pani o chlebie.

Bo nie był tak popularny jak dziś. Ulanowska podaje, że jadano okropny gnieciuch, lecz w ich mniemaniu doskonały. Jeśli był – podawano go zwykle do śniadania, pieczono raz w tygodniu, a gospodyni zamykała bochny na klucz, żeby nie rozeszły się zbyt szybko. Popularniejsze były pieczone na blasze podpłomyki.

A rozrywka? Jak odpoczywano na polskiej wsi 1920 roku?

Rozrywka, jak cały rytm życia, była ściśle związana z kalendarzem przyrodniczym i religijnym. W adwencie, gdy zebrano już plony, kobiety gromadziły się po domach na darcie pierza, przędzenie lub łuskanie grochu i fasoli. To był czas na pogaduszki, gawędy i straszne opowieści, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Niekiedy się śpiewało, uczyło się dzieci pacierza i kolęd, a młodym dziewczynom opowiadało się o życiu i udzielało cennych rad. A gdzie dziewczyny, tam pojawiali się i chłopcy – żartowali, robili różne psikusy. Zaczynały się swaty, matki zasięgały języka o ewentualnych kandydatach lub pannach na wydaniu. Dobrze było znaleźć narzeczoną w adwencie. Bardzo popularną rozrywką były też wróżby, ludzie ogromnie chcieli zajrzeć w przyszłość. Temu służyły andrzejki, katarzynki – dziewczyna mogła ujrzeć w lustrze albo szybce twarz przyszłego męża, ale gdy podziwiała się za długo, to i diabła.

Przed Bożym Narodzeniem, a w zamożniejszych domach także przed Wielkanocą, następowało świniobicie. A potem szykowanie zapasów, dzielenie się nimi, przygotowania do świąt. Po Bożym Narodzeniu, kiedy w polu i zagrodzie nie było jeszcze za wiele roboty, przychodził czas zabaw – zapusty, tańce i wesołe korowody kolędników z domu do domu. Ucinał to Wielki Post, który traktowano bardzo poważnie. Żadnych śmiechów, żadnej muzyki, a że zapasy się kończyły, to w sposób naturalny rezygnowano nie tylko z mięsa i omasty, ale nawet z nabiału i cukru.

Uczestnicy procesji.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Z Wielkanocą w serca wstępowała nowa nadzieja. Wielki Tydzień i pierwszy dzień świąt obchodzono bardzo poważnie i uroczyście, ale już drugiego dnia zaczynała się zabawa: śmigusty, dziady śmigustne, dzielenie się pisankami i wiosenne zaloty. W maju gromadzono się przy kapliczkach, śpiewano pieśni maryjne – i znów były okazje, żeby chłopcy odprowadzali dziewczyny. Na Zielone Świątki majono domy świeżymi gałęziami, a na sobótkę palono ogniska i szukano kwiatu paproci.

Późne lato to czas żniw i żniwiarzy.

A jakże. A potem, po Matce Boskiej Zielnej, następował chyba najbardziej lubiany okres sytości, zbierania plonów, szykowania zapasów i chwilowego odpoczynku przed jesiennymi pracami. Wtedy też odbywało się najwięcej ślubów i wesel – gospodarze wiedzieli już, jakie plony zebrali, i jeśli zostały nadwyżki, przeznaczano je właśnie na urządzenie wesela. Innym popularnym terminem wesel była Wielkanoc.

Zdjęcia z wesela na wsi, ok. 1925 r.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Wiele z tych zwyczajów dotrwało do dziś. A o jakich zapomnieliśmy?

Na przykład o słupach majowych ustawianych przed domem, o symbolice ziół w palmach wielkanocnych czy bukietach na Zielną. W oktawie Bożego Ciała popularny był zwyczaj robienia na każdy z ośmiu dni innego wianuszka z jednego zioła. Wierzono, że takie poświęcone ziele ma szczególną moc, i używano go w domowej apteczce. Dziś przywracają te zwyczaje niektóre koła gospodyń wiejskich. To nieocenione instytucje, ratujące od zapomnienia dawne tradycje, przyśpiewki, potrawy.

Świąteczna pocztówka z ok. 1927 r.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Ale do niektórych zwyczajów pewnie byśmy już nie wrócili – tych związanych z zabobonami albo bardzo różnym od dzisiejszego sposobem myślenia. Nie sądzę, by ktoś chciał wskrzesić tradycję wywodu. Chodziło o to, że kobietę po urodzeniu dziecka przez sześć dni uznawano za nieczystą – nie wolno było jej wykonywać pewnych prac, przykładowo piec chleba, ani pojawiać się w kościele. Później kobieta wchodziła do świątyni bocznym wejściem i odbywała się specjalna ceremonia oczyszczania z gromnicą i ofiarą – dopiero wtedy młoda matka mogła stanąć przed ołtarzem. Dziś ten obyczaj zupełnie zanikł, nabrały za to znaczenia chrzciny, których mama jest ważną bohaterką.